LAMPIONY, Katarzyna Bonda

75a298fbd7

75a298fbd7

Dziś trochę nietypowo. Zapraszam Was do odczytania recenzji – listu. Jako że Pani Katarzyna Bonda słynie z dobrej i intensywnej relacji z czytelnikiem, pozwoliłam sobie takowy list napisać. Niemniej jednak będę się pilnować, by uniknąć patosu i, jak zawsze, będzie szczerze.

Santiago de Compostela, 7 października 2016

Szanowna Pani Katarzyno, (zawsze miałam problem z nagłówkami, mam nadzieję, że ten jest stosowny).

Jako łodzianka z urodzenia i z wyboru nie mogłam nie zareagować na Pani książkę, której Łódź jest główną bohaterką. I to jaka Łódź! Od ponad miesiąca aż do końca stycznia z małą przerwą na polskie Święta jestem na studiach w Hiszpanii, a dzięki Pani czuję się, jakbym była w Łodzi. Ma Pani całkowitą rację, taka historia nie mogłaby wydarzyć się nigdzie indziej! Podziwiam i gratuluję Pani tak wnikliwego poznania Łodzi i przychylności do niej, mimo że to miasto odstające od pozostałych (chociażby przez fakt, że nie ma klasycznej starówki). Podeszła Pani do Łodzi naprawdę po łódzku! Z drugiej strony, nie mogę się temu dziwić, bo przeczytawszy podziękowania widzę, że miała Pani świetnych przewodników po mieście, jego historii i tajemnicach!

Kończąc ten przydługi już wstęp, muszę przyznać, że to pierwsza Pani książka, po którą sięgam. Nie jestem zwolenniczką kłamstwa w ogóle, ale jeśli chodzi o ściemnianie w temacie przeczytanych lektur, to nawet nie ma co próbować – prawda zawsze szybko wyjdzie na jaw. W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że kryminał długo uchodził i wśród niektórych uchodzi nadal za gatunek prymitywny względem porządnej literatury. Przez długi czas myślałam podobnie i omijałam kryminały szerokim łukiem. W ubiegłym roku po spotkaniu z Zygmuntem Miłoszewskim pochłonęłam wszystkie jego książki i zmieniłam zdanie. Potem zawsze coś było do zrobienia i do przeczytania, ale obiecałam sobie, że jak Bonda napisze o Łodzi to przeczytam i wtedy zdecyduję, czy sięgnę po resztę Pani twórczości. I co? Wcześniejsze części tetralogii już czekają na przeczytanie! Kto uważa, że nie ma kryminałów wysokich lotów (bo słabe na pewno też się zdarzają, zresztą tak jest w przypadku każdego gatunku), niech czym prędzej sięga po historię Saszy Załuskiej!

img_2965

Lampiony w Santiago – w dniu, w którym chciałam zrobić zdjęcie z Pani książką je zdemontowali!

Lampiony to nie jest zresztą taki sobie zwyczajny kryminał (choć nie znam się na kryminałach, przyznaję bez bicia). Dla mnie to książka o Łodzi i jej mieszkańcach. A także o mieście w ogóle. Ale po kolei. Zacznijmy od Łodzi, choć miasto nierozerwalnie związane jest z tymi, którzy je zasiedlają, o czym Pani wspomina wielokrotnie. Na początek pozwolę sobie przytoczyć kilka genialnych fragmentów opisujących Łódź – wystarczy że zamknę oczy i już tam jestem!

Łódź jeszcze się nie obudziła. Po pustych ulicach wiatr niósł kawałki papieru czy folii. Poza odgłosami leniwie ruszających tramwajów i gwiżdżącym wiatrem panowała wszechobecna cisza. Drzewa ogołocone z liści. Szczerbate kamienice. Zabite dyktą okna górnych pięter, wypalone strychy, czarne dziury zamiast drzwi wejściowych. Niżej zaś, na sztycach po odkutych balkonach, zwisające smętnie lampki choinkowe. Fronty niektórych budynków zdobiły murale, oszałamiające kolorem i formą. Sasza aż się wychyliła, by przyjrzeć się bukietowi kwiatów, kobiecie rozsypującej się na rękach ukochanego czy słoniowi na dachu uniwersytetu. Był i kosmita, fruwający dom, abstrakcyjna konstrukcja mechaniczna z mnóstwem trybów oraz śrubek, a nawet Artur Rubinstein w tęczowych kolorach na słynnej zreinterpretowanej fotografii. Graffiti “POŻAR Nas” z motywami ognia dopełniało tę galerię, powstałą na zniszczonych ścianach. (…) Dalej Sasza podziwiała sznury przepięknych, choć zaniedbanych budynków. Całe kwartały budowli, niegdyś zachwycających pałaców fabrykantów, bezwstydnie ociekających złotem i zdobieniami rezydencji przemysłowców, którzy dorobili się na przędzalniach i farbiarniach bawełny, czy ich monumentalnych fabrycznych pozostałości. Dziewiętnastowieczne perły architektury mieszały się tutaj  postpeerelowskimi molochami. Bloki z płyty z zabytkową zabudową. Cegła z aluminium i szkłem. Załuska sadziła, że Łódź jest szara. (…) Dziś, kiedy Załuska widziała ją bez ozdób opustoszałą i wciąż ospałą, patrzyła na morze czerwieni. Cegła starych, rozsypujących się zakładów, nowiutka klinkierowa odrestaurowanych budowli i karminowe tynki odnowionych pałacyków. Nawet bazgroły na murach zwykle były w tym kolorze: “ŁKS nie czyta książek”; “Całuj mnie Boguś w dupę – Tuwim”; “ŁKS Limanka życzy wesołych świąt i 100 latek na dodatek”. “Widzew. To nie tylko moda, to życiowa droga. FCP”, “Radek, oddaj 20zł”.

To właśnie moja Łódź. A w całej książce śladów mojego miasta jest dużo, dużo więcej! Jest żulik (którego niestety od kilku lat coraz trudniej dostać w piekarniach, a młodsi pracownicy nawet nie wiedzą, co to – może Pani wie, gdzie go znajdę?), jest Gouda Works i jego niesamowite projekty, jest piękna kamienica pod Gutenbergiem i wiele innych budynków (i sów na nich się znajdujących), są murale, jest Stajnia Jednorożców, jest krańcówka, jest niewzruszony Tuwim, jest Light Move Festival (właśnie trwa kolejna jego odsłona!), Łódź Czterech Kultur, Centrum Dialogu. Są i dźwięki Zeusa, jest Kamp! Jest park Śledzia, który przecinałam codziennie w czasach liceum, które mieści się na terenie byłego getta i jego oko, jak słusznie Pani zauważyła, prawie zawsze brudne; jest Dętka i OFF Piotrkowska. Jest i Boguś, który w prostym skojarzeniu przypomina Lindę i jego sławne określenie Łodzi jako miasta meneli. Mam nadzieję, że Pani książka zmieni powszechną opinię szarego, nudnego miasta. Zachodzę tylko w głowę, gdzie znajduje się ten hotelik na Retkini (oprócz lat przedszkolnych na Pedo, to jest Teofilowie, całe życie mieszkałam właśnie na tym osiedlu) i czemu bilet do Gdańska kosztował Saszę ponad dwieście złotych (chyba że z przesiadką w Warszawie w Pendolino) [śmiech], ale poza tym, to moje miasto.

Do tego zewsząd wyzierająca wielokulturowość. Bo choć nie są to już w większości te rdzenne “cztery kultury” (polska, żydowska, niemiecka i rosyjska), to różnorodność mieszkańców Łodzi jest duża. Widać to na ulicy, widać to i w kartach dań uznawanych za typowo łódzkie restauracji. Widać to wreszcie w także opisanym przez Panią projekcie – „Żywej bibliotece”. Dopełnijmy więc obrazu Łodzi lodzermenszami.

Ruch na drodze był nieznaczny. Dotarli na miejsce w ciągu kwadransa. Sasza ludzi widziała właściwie tylko a przystankach. Czasem przemknął bowiem jakiś złomiarz z wózkiem albo rowerzysta po świeżo wytyczonej ścieżce. Ale mimo wczesnej pory i tego pozornego spokoju w bramach wystawały czujki. Załuska miała wrażenie, że jest pod obserwacją kilkudziesięciu par oczu strażników tego czerwonego miasta. Nigdy nie czuła się tak bardzo obca, inna. Nie chodziło o strach. raczej o poczucie bycia intruzem, którego ciekawość i choćby szczery zachwyt niekoniecznie mogą spodobać się wartownikom Łodzi. Bo choć na pierwszy rzut oka zdawać by się mogło, że to tylko pojedyncze indywidua czekające z pustą flaszką w ręku na świt, by pięć złotych spadło z nieba jak każdego ranka; abo watahy w przykrótkich dresach, powracające z wielkanocnej imprezy. Już nie rozgrzane alkoholem i innymi środkami rzezimieszka ani też nie szukające wcale nikogo, na kim mogłyby się wyładować. Wyłącznie zmęczone, pragnące ukojenia stworzenia nocne, które czekają na pierwsze promyki słońca jak na znak, by ukryć się wreszcie w szkatułkowej tkance miasta i oddać wartę istotom dziennym. Istniejące tylko w Łodzi. I nigdzie indziej niemogące znaleźć miejsca.
(…) Bo do kogo tak naprawdę należy miasto? Zawsze i wszędzie do flanerów, czyli próżniaków, którzy swoje szczęście znajdują między frontami budynków, na ulicach miast. Wszędzie, byle poza swoimi czterema ścianami. Dziś obraźliwie zwie się ich często menelami. Piją, zawsze pili i będą pić. Cóż im zostało? To jednak oni są tkanką miasta. (…) Aglomeracja zaś naturalnie rodzi flanerów. Przechadzają się ulicami bez celu, wystają w bramach. Pustkę w sobie wypełniając wrażeniami wokół. Czy istniałoby bez nich miasto? Puste budynki go przecież nie tworzą. Oczywiście prawdziwych próżniaków nie jest zbyt wielu. Większość dzisiejszych miast wypełnia nieprzerwany ruch kołowy, rytmiczny rwetes i wyspy zbudowane na wzór współczesnych wsi. Mieszkańcy zaś “wsieją”, ukrywając się we fragmentarycznych enklawach, które zwą swymi domami, gdzie grzeją tyłki i mają gdzieś półpubliczną przestrzeń, którą z trudem próbują stworzyć dla nich architekci.
(…) – Ciekawe, bo wszyscy ludzie z Łodzi są bardzo wporzo. – Zamyślił się. – Otwarci, pomocni. Nie spotkałem jeszcze chuja z Łodzi. Cwaniaka, zakapiora – tak. Prezesa pijaka. Kilku jebaków też. Ale żadnego tchórza. Nie dygacza.
– Żaden ci nie pasuje na bombera? – zaśmiała się Sasza.
– Mają swój rozbójnicki honor – obruszył się Waligóra. – To mi się podoba.
(…) Musiała teraz przyznać szefowi rację. Wszyscy tutaj byli nieco kolczaści, ale mieli swój honor. Poza tym polubiła ich wytrawne poczucie humoru.

Nie będę udawać, że w Łodzi nie ma meneli. Są, a jakże. Zresztą, gdzie nie ma? Wiem, gdzie: w Hiszpanii, a już na pewno nie w Santiago. Ale czy menele są powodem do skreślenia miasta? Nie powiem, czasem strach przejść się po zmroku Wschodnią, Abramką czy Limanką, ale to nie jest cała Łódź. Oczywiście, łatwiej jest tak generalizować. A przecież Łódź to także, a dla mnie przede wszystkim, prawdziwa wylęgarnia talentów. I choć, nie licząc kilku prężnie działających instytucji kultury z “odgórnie” zapewnianą kulturą nie jest najlepiej, to w Łodzi aż kipi od nieszablonowych, jedynych w swoim rodzaju oddolnych inicjatyw artystycznych. Mając za sobą dwie skrajności – meneli i artystów, nie można też wspomnieć o zwykłych ludziach miasta Łodzi. Wielu z nich pracuje na trzy zmiany, by móc zapewnić byt sobie i swojej rodzinie. Wielu z nich to ludzie przepełnieni pasją. Wielu czyta, zwłaszcza w tramwajach, o czym też Pani napisała. To bardzo zróżnicowana tkanka i wszystko to można wyczytać z Lampionów – dziękuję! Nic dziwnego, że Saszy, która tak dobrze, tak intensywnie poznała to miasto, w Łodzi się podoba.

-Ten, kto chce coś osiągnąć, rusza stąd jak najszybciej. Miasto pustoszeje, fakt. A kogo widać? Głównie przegranych. (…) Tych, którzy nie mają dokąd pójść. No i artyści. Ciągną do nas tabunami. Oni nie potrzebują pieniędzy. Inspiracja im wystarczy. I marzenia. Ale jest też wielu, którzy wracają. Po latach, dziesięcioleciach. Z sukcesami na koncie lub bez nich. To miasto jest jak studnia. Nie da się z niego uciec.
– (…) No tak – mruknęła Sasza. – Ciężko wjechać, ale jak już się jest, bardzo trudno się wydostać. Kawał historii.
– (…) Stąd się nie wyjeżdża. po co? Tu jest wszystko. Morze, góry, rzeki. Wiedeń i Paryż. Gdyby jeszcze były pieniądze, by to wszystko odnowić. To niewykonalne. Jesteśmy za blisko.

Mam nadzieję, że nie ma mi Pani za złe, że je ciągle tylko o tej Łodzi, bo sama historia profilerki Saszy wciągnęła mnie od razu! A żaden żywioł nie pasuje do Łodzi tak bardzo jak ogień – pomysł z pożarami uważam za przedni. Do tego przejmowanie kamienic, wątek religijny, wątek miłosny (a nawet kilka!)… Wszyscy bohaterowie Lampionów zostali zarysowani w sposób wyjątkowy i skomplikowany. Za ich pomocą ukazuje Pani złożoność ludzkiego charakteru i losu. Nikt nie jest do końca dobry czy zły. To prawda o człowieku ujęta w możliwie najlepszy sposób, czyli nie wprost. Każdy mówi stosownym dla siebie głosem – najbardziej ujęły mnie dialogi flanerów. Historia do ostatniej chwili trzyma w napięciu, sprawy wciąż przybierają nowy obrót, dzięki czemu nie sposób się nudzić. Ani się spostrzegłam, kiedy znalazłam się na ostatniej stronie.

img_4480

Na koniec jeszcze jeden, bardzo sensualny, powiedziałabym nawet poetycki i jakże prawdziwy, opis miasta w ogóle. Takie opisy będę odtąd tropić w Pani powieściach!

Miasta odpoczywają w ruchu. Arteriami ulic niestrudzenie toczą się tramwaje, trzęsą autobusy, suną auta i przemykają rowery. Choćby w dzień zabytkowe kamienice straszyły pustostanami i zaropiałą tłuszczą, która je zaludnia, gnieździ się jak robactwo w zdrowej tkance, tocząc swój nowotwór, który jawi się wyraźnie miejscami w najstarszych częściach, prawdziwie i szczerze niczym skóra zdarta do kości – w nocy jarzą się polifonią świateł i dopiero z ciemności wyłania się prawdziwa twarz aglomeracji. Życie toczy się na rzęsiście oświetlonej ulicy i tam, gdzie chwilowo ktoś stłukł wszystkie lampiony. Niemy krzyk może rozlegać się wszędzie, ponieważ zawsze coś rozświetla mrok: neon, blask policyjnego koguta czy płomień zapalniczki. miasta nie zasypiają. Nigdy nie pogrążają się w całkowitych ciemnościach.

Raz jeszcze bardzo Pani dziękuję i gratuluję Lampionów, które – moim zdaniem – powinny służyć za przewodnik po Łodzi. Wciąż zastanawiam się, jak to możliwe, że to pierwsza po Ziemi Obiecanej Reymonta powieść o tym mieście. I mam nadzieję, że będzie hiszpański przekład, bo znajomi z Santiago po mojej promocji go oczekują!

Pozdrawiam serdecznie,
lokalna patriotka – Paulina Frankiewicz

PS Proszę wybaczyć mi długie cytaty, ale to już i tak bardzo okrojona wersja moich notatek!



5 komentarzy

Dodaj komentarz
    • admin

      Dziękuję za wiadomość. Ja z całą pewnością nie znam się na kryminałach i nie zamierzam tego ukrywać. Natomiast trochę znam się na literaturze w ogóle a przynamniej dużo jej czytam (więc chyba mogę nazwać się miłośnikiem literatury) i bez względu na gatunkową przynależność serdecznie polecam „Lampiony”. Przede wszystkim jako książkę o naturze człowieka i, jak pisałam w recenzji, jako książkę o mieście.
      Pozdrawiam!

      • Armagedon

        Ja nie twierdzę, że to zła książka. To świetna panorama Łodzi i cała gama znakomitych postaci. Ale nie jest dobrą propozycją dla miłośników kryminałów, bo intryga kiepska, naciągana i potraktowana po macoszemu. Proszę sobie wyobrazić, że kupuje Pani książkę z półki z napisem „Romanse” a dostaje Pani książkę kucharską.
        „Lampiony” powinny być sprzedawane, jako przewodnik po mieście czy powieść społeczno-obyczajowa a nie jako kryminał, w dodatku znakomity.
        Ja jestem fanem kryminałów i potrafię rozpoznać dobry. Wiem sporo o kryminalistyce i uważam, że to, co Bonda reklamuje, jako ekskluzywne informacje z tej dziedziny, zakrawa na kpinę. Na pewno nie olśni kogoś, kto w tym temacie siedzi.
        Autorka sama sobie szkodzi, bo miłośników gatunku irytuje albo rozśmiesza. Proszę zajrzeć do Empiku – „Lampiony” już spadły z pierwszej dziesiątki. O ocenach na Lubimy Czytać, nawet nie wspomnę.
        Jeżeli Autorka – całkiem dobra i z potencjałem – chce dalej brnąć, jej sprawa. Coraz więcej czytelników stwierdza, że z kryminałem jej nie po drodze.

  1. admin

    Poniżej odpowiedź od Pani Bondy dla tych, którzy nie mają facebooka:

    „Dziękuję za list, wnikliwą analizę powieści, odczytanie lokacyjne i intertekstualne! <3 Kłaniam się i zapewniam, że Pani znajomi z Hiszpanii z pewnością będą wkrótce mogli przeczytać tę książkę w swoim języku, o czym będę informowała w swoim czasie na tej stronie".


Skomentuj wpis