FABRYKANCI. BURZLIWE LOSY ŁÓDZKICH PRZEMYSŁOWCÓW, Marcin Szymański, Błażej Torański

Projekt bez tytułu (26)

fabrykanci_2-2-360x509

Przed nami dziesięć rodów. Dziesięć fortun i w różny sposób zakończonych historii – bankructwem, morderstwem lub ucieczką. Zestaw nazwisk nie jest przypadkowy. Każda z rodzin miała swoje cechy szczególne, predyspozycje, plany i sposoby działania. Dla jednych sposobem na życie było farbiarstwo, dla innych tkactwo, a dla jeszcze innych wszystko to, na czym można było zarobić. Niektórym warzenie piwa przyniosło fortunę, a innym bankructwo i smutny koniec w biedzie. (…) Do Łodzi trafiali w różnych okolicznościach, ale najczęściej „za chlebem”. W tym mieście wszystko wydawało się możliwe. Tkacz zostawał wielkim fabrykantem, a dwunastoletni chłopiec, który poszedł do farbiarni zmuszony zarabiać na chleb, po kilkudziesięciu latach był spowinowacony z samymi Scheiblerami i nie miał żadnych kompleksów.

Recenzując Lampiony pióra Katarzyny Bondy skarżyłam się, że Łódź to miasto zapomniane przez współczesną literaturę. Na palcach jednej ręki możemy wymienić tytuły, których akcja dzieje się w tym mieście. Mam na myśli narracje, nie monografie naukowe, których nie brakuje. W prezencie świątecznym dostałam książkę, dzięki której mogę stwierdzić, że nie jest tak źle. Fabrykanci. Burzliwe dzieje łódzkich przemysłowców to wydana w listopadzie minionego roku książka, którą trudno zakwalifikować do konketnego gatunku literackiego. Biorąc pod uwagę zarówno treść, jak i formę, najbardziej trafnym określeniem byłby chyba zbiór opowiadań historycznych, ale na rynku wydawniczym mówi się o książce popularno – naukowej. Niech będzie. Najważniejsze jest to, że czytelnik otrzymuje wyjątkową książkę, której autorzy kreślą panoramę łódzkiej elity XIX i pierwszej połowy XX wieku (jej kres stanowi II wojna światowa) operując nie sprawozdawczym, acz literackim językiem, w dodatku zaczerpniętym z opisywanej epoki. Opowiadają historie w dużej mierze już znane (przynajmniej miłośnikom historii Łodzi), jednak w formie nadającej im nowe oblicze.

img_9642

Kto opowiada? Fabrykanci składają się z dwóch części: historia i teraźniejszość. „Historia” to dziesięć rozdziałów pióra Marcina Jakuba Szymańskiego, z których każdy poświęcony jest jednemu z rodów łódzkiej burżuazji. Czytelnik poznaje historie mniej i bardziej znanych klanów, mianowicie: Geyerów, Scheiblerów, Poznańskim, Silbersteinów, Kunitzera (który potomków nie pozostawił), Buhlów, Biedermannów, Anstadtów, Gehligów i Urbanowskich (ci ostatni de facto tytułowymi fabrykantami nie byli, niemniej jednak nie można im odmówić wpływów dorównujących poprzednikom). Autor, z wykształcenia historyk, opatrzył książkę także wstępem i zakończeniem. Autorem drugiej części jest dziennikarz i publicysta, Błażej Torański. Zawiera ona jeden, ostatni rozdział książki o znamiennej nazwie „Ziemia utracona”, który traktuje o Heinzlach. To swego rodzaju uzupełnienie części pierwszej, bowiem Szymański nie poświęca Heinzlom odrębnego rozdziału. Tym, co odróżnia tę historię od pozostałych jest narracja – czytelnik poznaje dzieje rodu z perspektywy potomków Juliusza Heinzla i jego żony Pauliny – stąd opatrzenie tej części nazwą „teraźniejszość”.

img_9651

Tata mówi, że tam mieszkają bardzo, ale to bardzo bogaci ludzie i szyją ubrania – dziewczynka pochwalila się niedawno zdobytą wiedzą.
Wermuth uśmiechnął się i rzekł:
– To prawda, są bardzo bogaci. Ale sami ich nie szyją. Zatrudniają do tego robotników, którzy pracują przy wielkich, głośnych maszynach. Pamiętaj jednak, Helenko, że bogactwo nie jest wcale najważniejsze.
– Jak to? Przecież wtedy można wszystko kupić i o nic się nie martwić? – odrzekła zdziwiona.
Ogrodnik odparł:
– Widzisz, z bogactwem jest jak ze szkłem. Wystarczy dodać trochę srebra, by człowiek zaczął w nim widzieć tylko siebie. Kiedyś to zrozumiesz.

Myślę, że napisać książkę relacjonującą wydarzenia historyczne w lekkiej formie jest dużo trudniej niż stworzyć monografię naukową. Po pierwsze dlatego, że aby mieć lekkość w mówieniu na dany temat, trzeba dużo więcej wiedzieć niż w przypadku definiowana zjawiska przy użyciu specjalistycznej terminologii. Na poparcie tej tezy wystarczy przywołać sytuację, w której dziecko pyta dorosłego o znaczenie jakiejś „ponadprzecietnie” złożonej rzeczy. Jak się wówczas okazuje, wyjaśnienie jej prostymi słowami to dar, który posiadają tylko nieliczni. Choć Fabrykanci nie są książką dla dzieci, barwnym, oddającym ducha czasu językiem opowiadają o losach łódzkiej burżuazji. Po drugie, zwłaszcza w części zatytułowanej „historia”, autor zmuszony był dokonać niebywałej selekcji informacji (o każdym z rodów z powodzeniem można by napisać oddzielną pozycję). Bazując na najnowszych publikacjach historycznych, wyselekcjonował fakty, które pozwalają odbiorcy dowiedzieć się, kim byli – „zawodowo” i prywatnie – tuzowie łódzkiego przemysłu. Dzięki temu, przeczytawszy książkę czytelnik posiada naprawdę dużą wiedzę na prezentowany temat, nie będąc przytłoczony jej nadmiarem.

Szymański opisuje łódzką belle epoque, czasy, w których to miasto było jednym z najprężniej rozwijających się w Europie a może i na świecie. Dzięki realistycznym dialogom i opisom fabrykanckiej codzienności, czytelnik może poczuć się jak na pałacowych salonach. Autor przedstawia historie drogi na szczyt i mniej lub bardzej bolesnych upadków przemysłowców, ale nie tylko. Równie istotną rolę odgrywają tu historie miłosne (małżeństwa z rozsądku, ale i mezalianse), dramaty obyczajowe, intrygi (w tym zabójstwa dwóch fabrykantów) oraz rodzinne i sąsiedzkie porachunki, niekiedy rodem z dramatów Shakespeare’a. Wszystkie te „smaczki” odsłaniają ludzkie oblicze fabrykantów, czyniąc ich historie prawdziwie porywającymi.
Jak kilkukotnie podkreśla Szymański, nie jest to polemika z wizją Łodzi fabrykanckiej opisaną na kartach reymontowskiej Ziemi obiecanej, ale ujęcie tych dziejów z innej perspektywy. To zbicie krzywego zwierciadła ukazującego przemysłowców w przesadnie negatywny sposób i próba przedstawienia ich sylwetek na nowo, bez pomijania ich przywarów i popełnianych błędów, ale eksponująca także ich zalety i olbrzymi wpływ na rozwój miasta Łodzi.

img_9631

Łódź XIX i pierwszej połowy XX wieku to fascynujący tygiel wyznań, interesów i rodzinnych koligacji. Na ślady potwierdzające to stwierdzenie czytelnik ma okazję natykać się właściwie bez przerwy. Z Fabrykantów można wyczytać propolskie idee przemysłowców niemieckiego pochodzenia, ale też otwarcie na kontakty z innymi kulturami żydowskiej części burżuazji. Mimo iż każdy z rozdziałów z założenia miał być poświęcony jednemu z rodów, bohaterowie, tak z powodów rodzinnych, jak i z uwagi na wspólne interesy, goszczący się wzajemnie w swoich fabrykach i pałacach, pojawiają się także w sąsiednich fragmentach książki. Razem stanowili wpływową elitę tworzącą tożsamość Łodzi – miasta, w którym wszystko było możliwe. Lodzermenszowie jako lokalni patrioci nie tylko pracowali na gospodarczą potęgę miasta (oczywiście przede wszystkim pracując na własną potęgę), ale także występowali w rolach mecenasów kultury i sztuki oraz prowadzili działalność filantropijną.

– Wiesz, ile sęp [Geyer z niemiecka fonetycznie oznacza nazwę tego ptaka] ma okien w fabryce?
– Nie mam pojęcia… Ale po co mi to wiedzieć?
– A widzisz, bracie, to ja ci powiem: trzysta sześćdziesiąt pięć – tyle ile dni w roku. Tak, aby każdego dnia wpadały do środka promienie słoneczne. A wtedy….
– Wtedy co?
– Nie uwierzysz, ale jak padną na warsztaty tkackie, zamieniają się w ruble.
– Eee, bujdy opowiadacie!
– Bujdy nie bujdy… W każdej legendzie jest ziarno prawdy!
Takie niestworzone historie opowiadali między sobą robotnicy, próbując wyobrazić sobie, w jaki sposób przemysłowcy doszli do swojego bogactwa.

Fabrykanci. Burzliwe dzieje łódzkich przemysłowców to książka, której lekturę polecam zarówno mieszkańcom Łodzi (jako łodzianka zainteresowana historią miasta, dużo się z niej dowiedziałam), jak i tym, którzy o dawnej stolicy włókiennictwa jedynie słyszeli. Trzeba dodać, że zdecydowanie warto sięgnąć po wersję papierową, bo Fronda naprawdę się postarała. Karty książki zostały zadrukowane unikatowymi fotografiami udostępnionymi przez Muzeum Miasta Łodzi. Na uznanie zasługuje także okładka. Grafika pozwala czytelnikowi jeszcze bardziej zbliżyć się do opisywanej rzeczywistoci oraz uświadomić sobie skalę przedsięwzięć podejmowanych przez fabrykantów. W parze z tekstem przypomina, że ich spuścizna to nie tylko fabryki i pałace, ale także szpitale, szkoły, parki, dworce oraz linie tramwajowe i kolejowe. Dziś można podziwiać część z nich, jednak po większości pozostało już tylko wspomnienie (zazwyczaj na końcu rozdziału Szymański wspomina o losie, który spotkał architekturę danego rodu). Wspomnienie, które dzięki tej książce nabrało nieznanych dotąd kolorów.



  • a.kacprzak

    Książka jest naprawdę rewelacyjna!
    Miałam wrażenie, że porządkuję i układam rozsypane puzzle z tego co wiem o historii Łodzi: kto, gdzie, kiedy, z kim, dlaczego…Dobrze, że autor podał to w tak przystępnej, miejscami fabularyzowanej formie, bo dzięki temu czytanie było prawdziwą przyjemnością (ta uwaga dotyczy rozdziałów napisanych przez pana Szymańskiego).
    Dziękuję autorce bloga za interesujący komentarz i za… pożyczenie książki 🙂

    • a.kacprzak

      * oczywiście chodzi o „interesującą recenzję książki”, nie o komentarz 🙂

      • Do dzieła

        Bardzo dziękuję za wiadomość! Oczywiście w pełni zgadzam się z Pani opinią. I polecam się na przyszłość :))