KSIĄŻKA, Keirth Houston

Projekt bez tytułu (12)

i-ksiazka-najpotezniejszy-przedmiot-naszych-czasow-zbadany-od-deski-do-deski

Pamiętam, że bardziej niż matura, stresował mnie wybór kierunku studiów. Miałam kilka naiwnie świetlanych wizji swojej przyszłości, motywowanych w bardzo różny sposób. Jako książkowa fetyszystka zastanawiałam się także nad bibliotekoznawstwem. By ułatwić sobie podjęcie decyzji, zamiast chodzić na niektóre lekcje, uczestniczyłam jako wolny słuchacz w wykładach na potencjalnych fakultetach. Wśród nich znajdował się przedmiot mający na celu przybliżenie historii książki. Gdyby moim wykładowcą był Houston, gdyby chociaż jego Książka stanowiła swego rodzaju podręcznik akademicki, pewnie zostałabym bibliotekoznawcą, a tak – z uwagi na odstręczająco nudne zajęcia, wybrałam filozofię (i prawo, które, na szczęście dla mnie, zdecydowałam się w międzyczasie porzucić).

Oto książka o historii, tworzeniu i „książkowatości” wszystkich tych ciężkich, skomplikowanych, kuszących artefaktów, które ludzkość pisze, drukuje i zszywa od ponad tysiąca pięciuset lat. Opowiada o książce, o której wiesz, że jest książką, kiedy ją widzisz.

Na Książkę Houstona składają się dzieje rzeczonej książki zamknięte w czterech częściach (strona, tekst, ilustracje, forma). To wyczerpujące studium poświęcione – jak podpowiada podtytuł – najpotężniejszemu przedmiotowi naszych czasów zbadanemu od deski do deski. Na STRONIE czytelnik poznaje historię przejścia od papirusu przez pergamin po papier. Rzecz jasna, wcześniej parano się tabliczkami i innymi reliktami. W TEKŚCIE Houston prezentuje, gdzie się narodziło i jak zmieniało się pismo, jak wyglądała czynność pisania i skąd w ogóle wziął się druk (wbrew pozorom nie od Gutenberga). Jest także m.in. o tym, ile trzeba było się namęczyć, aby tekst wyjustować. ILUSTRACJE kreślą obraz ewoluującej ornamentyki, fotografii i ogólnie pojętej grafiki. FORMA natomiast opisuje, w jaki sposób od nieporęcznego zwoju (fakt, w tramwaju by się takiego nie poczytało, ale, jak zauważa Houston, niewiele się on różnił od powszechnej czynności scrollowania na smartfonie) przeszliśmy do książki takiej jak ta, o której właśnie mowa. I o tym, że kiedyś niemożliwym było wyprodukowanie książki bez zabicia zwierzęcia. Wszystko to zostało skrupulatnie opisane i zilustrowane w postaci skanów oryginalnych archiwalnych dzieł, rycin oraz fotografii.

Weź książkę w dłonie. Otwórz ją, wsłuchaj się w szelest papieru i chrzęst kleju. Powąchaj ją! Przewertuj, czując powiew na twarzy. (…) To jest książka o tych cielesnych, które żyły wcześniej [od e-booków], uparcie analogowych ustrojstwach z papieru, farby, tektury i kleju, z którymi od tak dawna żyliśmy i na których polegaliśmy.

Pozycja o wartości merytorycznej nie do przecenienia, będącej wynikiem gigantycznych rozmiarów kwerendy (patrz: bibliografia) napisana została w zadziwiająco lekki sposób (mimo, a może z uwagi na fakt, że waży niemało). Błyskotliwe poczucie humoru autora, potoczysta narracja i język stanowią jej kolejne atuty. Nie ma tu podlizywania się czytelnikowi poprzez tanie frazesy ani bezbarwności akademickiego stylu. Są za to bezcenne czytelnicze smaczki (nic nie zdradzę, chociażby z tego powodu musicie zajrzeć do Książki). To literatura popularnonaukowa w pełnym tego słowa znaczeniu. Dzięki licznym odwołaniom do popkultury oraz historii, niekiedy rodem z telenoweli, kolejnych doprowadzających nas do książki w znanej nam formie odkryć, ani się spostrzegłam, kiedy lektura dobiegła końca. Niezwykle dobrą robotę wykonał tłumacz, Paweł Lipszyc. Nie mówiąc już o Karakterze – autor nie mógł sobie wymarzyć lepszego wydawnictwa na polskim rynku czytelniczym. Ogromna staranność i dbałość o każdy szczegół świetnie koresponduje z treścią Książki.

IMG_1205

Lekturę polecam przede wszystkim zwolennikom papierowych wydań (e-book Książki, zapewne dla zasady, i słusznie, nie istnieje), książkowym fetyszystom. I, zwłaszcza akademickim, bibliotekoznawcom. A tym, którzy czują niedosyt, odsyłam do poprzedniej pozycji Houstona, Sekretne życie znaków typograficznych (osobiście dopisałam do ciągnącej się niczym zwój własnej listy lektur).