SKĄD SIĘ BIORĄ HOLENDRZY, Ben Coates

Projekt bez tytułu

3118

Ostatnio literatura non fiction coraz skuteczniej przeciąga mnie na swoją stronę. Ostatecznie pękła bańka izolująca mnie od tego, co dzieje się na świecie na ponadjednostkowym poziomie, w której kiedyś się zamknęłam. I choć nie porzucam literatury pięknej, coraz bardziej fascynuje mnie rzeczywistość podana w dobrej, literackiej formie. Na te potrzeby odpowiada Mundus – jedna z serii Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, w ramach której ukazują się zagraniczne tytuły literatury faktu. Jak pisze wydawnictwo, „prezentowane w serii książki – niezależnie, czy dotykają trudnych i bolesnych spraw, czy raczej bawią i dostarczają rozrywki – łączy rzetelne podejście do tematu i żywy, literacki język”. Skąd się biorą Holendrzy Bena Coatesa mogliby być wizytówką pozanaukowych publikacji oficyny.

Początkowo odnosiłem dość mgliste wrażenie, że mieszkam w jednym z tych nastawionych proekologicznie krajów, gdzie ochrona środowiska naturalnego stanowi absolutny priorytet – ojczyźnie cyklistów i wegetarian obsesyjnie segregujących śmieci. W rzeczywistości jednak po wiekach walki z wodą Holendrzy postrzegają matkę naturę nie jako dawczynię życia i żywicielkę, lecz jako zagrożenie, które trzeba okiełznać. Mają nawet na to specjalne określenie: maakbaarheid – zdolność przebudowywania i kontrolowania otaczającego nas świata.

Na czwartej stronie okładki Skąd się biorą Holendrzy zostali nazwani „podręcznikiem kulturowym”. Podoba mi się ta kategoria, bo mamy do czynienia z książką, która wykracza poza literaturę podróżniczą, nie jest klasycznym reportażem, a jej autor, w usiłowaniu zrozumienia tego narodu za wysoko stawia sobie poprzeczkę, by uznać ją za dziennik czy prozę wspomnieniową. Ben Coates – Brytyjczyk z urodzenia, a – od kilku lat – Holender z wyboru, były autor mów politycznych i doradca, z godnym podziwu uporem poznaje geografię i historię nowej ojczyzny. Relacjonuje podróże w różne zakątki kraju oraz udział w lokalnych uroczystościach i wydarzeniach, opatrując je komentarzem, w którym swobodnie operuje wiedzą z zakresu historii, religii, kultury i polityki Holandii.

Kiedy Coates – przypadkiem! – trafia do Holandii, jego pojęcie o tym kraju nie jest większe niż przeciętnego Europejczyka. Wiatraki, tulipany, rowery, chodaki i ser, duuużo sera. Legalna, uprawiana na szeroką skalę prostytucja i łatwy dostęp do narkotyków. Postanawiając osiedlić się w Rotterdamie na dłużej, oczywistością staje się dla niego konieczność poznania nieznanej kultury. Już w pierwszych tygodniach pobytu na obczyźnie Coates podejmuje naukę niderlandzkiego, znajduje pracę i podróżuje. Przejeżdża i przepływa Holandię wzdłuż i wszerz, nabywając wiedzę, której nie powstydziłby się rdzenny mieszkaniec nizinnego kraju. Każda podróż staje się inspiracją do poszerzania horyzontów, a czasem zupełnie na odwrót – przeczytawszy lub usłyszawszy jakąś ciekawą anegdotę, autor decyduje się na wycieczkę. Coates opisuje dzieje Holandii – kraju od zawsze zmagającego się z żywiołem wody, zamieszkiwanego przez mistrzów żeglugi i odkrywców, kraju protestancko-katolickich wojen, który posiadał wiele kolonii, kraju głęboko naznaczonego II wojnę światową. Odkrywa także czarne karty historii Królestwa Niderlandów – handel niewolnikami w epoce kolonialnej i kobietami masowo trafiającymi do domów publicznych od drugiej połowy XIX wieku oraz kolaborację części Holendrów z hitlerowskim wrogiem. Brytyjczyk podejmuje także kwestię tolerancji (seksualnej, religijnej, światopoglądowej) i szeroko idących swobód – leseferystycznego podejścia do seksu za pieniądze, łagodnych przepisów dotyczących konsumpcji narkotyków, prawa do eutanazji i tłumaczy, dlaczego obecna jest tendencja do ich ograniczania.

Podróżując po kraju, odkryłem z zaskoczeniem, że Holendrzy nie tylko godzą się na życie w jednym z najbardziej zatłoczonych miejsc na ziemi – oni się tym napawają. Dla moich holenderskich znajomych dzielenie stolika w restauracji z obcymi ludźmi albo przedziału w pociągu z gadatliwą rodziną to nie smutna konieczność ani przykra niedogodność, lecz znakomita sposobność, aby zawrzeć nowe znajomości albo podzielić się historią swojego życia z przygodnymi towarzyszami. (…) „Siedzimy wszyscy w kupie, dlatego albo będziemy dla siebie tolerancyjni, albo oszalejemy” – wyjaśnił mi kiedyś jeden znajomy Holender.

Odkrywanie Holandii jest dla Coatesa przygodą, a nie przykrym obowiązkiem. Czytając książkę widać, że autor świetnie się bawił, kiedy ją pisał. Oprócz przedstawienia ważnych dla zrozumienia holenderskiej tożsamości wydarzeń z przeszłości, gromadzi mnóstwo zaskakujących obcokrajowców smaczków z kraju tulipanów. Wspomina o wiatrakach, których skrzydła służyły kiedyś do sąsiedzkiej komunikacji oraz o ogromnej rodzinności Holendrów organizujących urodzinowe „party w kręgu”. Opisuje holendersko-belgijskie miasteczko (lub miasteczka), w którym (lub których) na półtorakilometrowym odcinku kilkanaście razy można przekraczać międzynarodowe granice czy świąteczny zwyczaj morusania twarzy na czarno na cześć Czarnego Piotrusia i Sinterklassa (pierwowzoru Świętego Mikołaja), przez który zarzuca się Holendrom rasizm. Coates zainteresował mnie nawet historią holenderskiej piłki nożnej i koncepcją futbolu totalnego, mimo że sport to nie moja bajka.

Książka została wydana z należytą starannością. Świetnie przetłumaczona przez Barbarę Gutowską-Nowak, zredagowana niemal perfekcyjnie. Opatrzona przypisami tłumaczki oraz konsultanta merytorycznego (Ryszard Żelichowski), które precyzują i doświetlają niekoniecznie czytelne dla polskiego czytelnika wątki. Co więcej, w kilku miejscach Żelichowski poprawia autora – wskazuje jego faktograficzne potknięcia, co świadczy o wnikliwej i rzetelnej lekturze i redakcji (i skłania do refleksji dotyczącej dopuszczenia zaistnienia tych błędów przez wydawcę oryginału). Przyjemna okładka, format i wnętrze książki. Tę ponadprzeciętną staranność wydawniczą zawdzięczamy Wydawnictwu Uniwersytetu Jagiellońskiego, a więc oficynie, która rozpowszechnia przede wszystkim publikacje naukowe, wymagające szczególnego rodzaju skrupulatnej pracy, także merytorycznej. Dlatego cieszy mnie, że działalność WUJ rozszerzyła się o wydawanie literatury faktu, a także literatury pięknej przy utrzymaniu dotychczasowych, wysokich standardów.

IMG_1682

Z początku Skąd się biorą Holendrzy skojarzyli mi się z popularną serią książek Brytyjczyka Stephena Clarke’a, który z kolei przeniósł się do Francji. U Coatesa rozpoznałam ten sam brytyjski humor, błyskotliwość i spostrzegawczość. Jego książka aspiruje jednak wyżej – mimo lekkiego stylu jest efektem pogłębionej refleksji nad krajem, w którym autor postanowił żyć. Byłoby świetnie, gdyby każdy imigrant tak poważnie podchodził do kwestii adaptacji i asymilacji. Autor maluje obraz współczesnych Holendrów – otwartych, sympatycznych, ultra wysokich z uwagi na miłość do nabiału, mających w nosie polityczną poprawność. Skąd się biorą Holendrzy jest więc świetnym przewodnikiem kulturowym, który pozwala zrozumieć ten obarczony licznymi stereotypami kraj. To, przyjemna w lekturze, stężona dawka wiedzy holendrofila. Trudno nie podzielać jego entuzjazmu, bo i po co?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Uniwersytetu Jagiellońskiego.