O PSACH, Cichy, Grzegorzewska, Murek, Pustkowiak, Stasiuk, Varga

Projekt bez tytułu (3)

large_o_psach

Ten, kto zagląda tu regularnie wie, że naprawdę rzadko piszę o książkach źle. Owszem, trochę narzekam, zachwycam się dość rzadko, ale jednoznacznie negatywnych recenzji napisałam zaledwie kilka. Pewnie dlatego, że nie sięgam po książki z przypadku, wybieram je znając autora / wydawnictwo / krąg lub tradycję literacką, w którą dany tytuł się wpisuje. Albo chociaż opinię kogoś, z czyim zdaniem się liczę. Z tą książką kończyłam rok 2018. I choć nie prowadzę rankingów i stronię od podsumowań, nie mam wątpliwości, że zbiór krótkich form O psach (Wydawnictwo Czarne) był moim największym rozczarowaniem. To pozwala mieć nadzieję, że 2019 będzie lepszy.

Na mieszczącą się w kieszeni kurtki książeczkę składa się sześć tekstów autorek i autorów, którzy wyrobili już sobie w Polsce nazwisko. Zostały one ułożone w porządku alfabetycznym, biorąc pod uwagę osobę twórcy: Cichy, Grzegorzewska, Murek, Pustkowiak, Stasiuk i Varga. Pokrótce o każdym z nich:
Szesnaście łap, trzydzieści lat Michała Cichego to całkiem udane otwarcie antologii… jeśli nie wie się, kto jest jego autorem. Z ogromną przyjemnością czytałam jego pełne wrażliwości, noszące znamiona książki poetyckiej Pozwól rzece płynąć. Pamiętam, jak podczas spotkania autorskiego poświęconego tej publikacji, Cichemu towarzyszyła jego suczka, obserwuję jego profil na Facebooku, gdzie z ogromną czułością całkiem często pisze o swojej relacji z czworonogami. Tymczasem jego tekst w tym zbiorze niewiele wykracza poza pamiętnikarskie wspomnienie zwierząt, które towarzyszyły autorowi przez trzydzieści lat życia. Zgrabnie napisana, ale wyzuta z uczuć opowieść.

Pewnego dnia mój pies do mnie przemówił. Nie odezwał się od razu, o nie. Musiały minąć dwa lata, zanim mnie oswoił, znalazł do mnie klucz zapachów jak szyfr do sejfu i nadał mi psie imię, bo choć fakty mogą świadczyć inaczej, psy oswajają swojego człowieka latami, uczą się go na pamięć, jak kiedyś wilki strumieni gór i ścieżek w lasach, uczą się go tak, by mogły wyczuć jego obecność na odległość, z innego świata, przez wodę, ziemię i ogień, by w razie czego mogły się położyć na jego prawdziwym bądź wyimaginowanym grobie. Wioletta Grzegorzewska

Olfaktorii Wioletta Grzegorzewska przekazuje nieoczywistą, bliską mi ideę, zgodnie z którą to pies oswaja człowieka, to pies dyktuje warunki ich relacji i ma do tego prawo jako ten, dla którego więź z człowiekiem stanowi sedno istnienia. Na potwierdzenie tej tezy jako motto pisarka wybiera cytat z Myśliwskiego (Miałby pan psa, to niejedno by pan zrozumiał. Musiałby się pan nawet zgodzić, że psy nam wyświadczają łaskę, że żyją z nami na świecie.). Grzegorzewska pięknym literacko językiem otwiera i zamyka swój tekst (esej? felieton?), jednak, wbrew deklarowanemu uznaniu dla czworonogów, w większości skupia się na sobie. Pisze o trudach brytyjskiej codzienności związanej z wątłym portfelem, o relacjach z sąsiadami i właścicielką mieszkania, o przeprowadzce, o dzieciństwie spędzonym na wsi i o prowadzeniu dzieci do szkoły. I choć słowo pies odmieniane jest w kolejnych linijkach przez wszystkie przypadki, to jednak jakoś niknie i staje się jednym z tysięcy rzeczowników, które składają się na tekst. Na szczęście na końcu wynurza się ze słownej topieli.

Następne w kolejności jest opowiadanie Weroniki Murek pt Rok w długim domu. Interesujące pod względem języka i literackiej konwencji. Można powiedzieć „Murkowate” – miłośnikom twórczości autorki to określenie nasunie charakterystyczny dla jej prozy zespół cech: dziwność, szorstkość, eliptyczność, trochę strasznej prowincji, trochę realizmu magicznego. Do tego dochodzą słowotok, potocyzmy i onomatopeje, na kolejnych stronach kotłują się codzienne ludzkie aktywności i ich psia percepcja. Aż do momentu, w którym bez uprzedzenia z psiej egzystencji znika sieć ludzkich nawyków i cała życiowa krzątanina i nic już nie jest takie samo. Fatalne są skutki śmierci, tytułuje finalną część opowiadania Murek. Wart uwagi kawałek nieoczywistej prozy, który mógłby okazać się ciężkostrawny w tekście o większej objętości.

IMG_3806

Bezkonkurencyjnie najsłabszym tekstem w zbiorze jest Ostatnia podróż Patrycji Pustkowiak. Ja wiem, że to miała być „nieoczywista psia antologia”, ale dmuchany pies w historii rozpadającego się małżeństwa potrzebny jest jeszcze mniej niż przysłowiowy kwiatek do kożucha. Staram się znaleźć jakiś walor tego opowiadania, ale nie potrafię, nawet abstrahując od bezzasadności włączenia go do zbioru choćby luźno poświęconego psom. Poza tym, na czwartej stronie okładki wydawca obiecuje „wspaniały literacki hołd oddany wiernym towarzyszom człowieka”. Chętnie przyjmę wszelkie podpowiedzi, gdzie tego hołdu u Pustkowiak szukać. Zamiast tego czytelnik otrzymuje powierzchowną i okropnie nudną obserwację rozpadu związku niegdyś bliskich sobie osób, który jedna ze stron desperacko próbuje uratować. Ostatnia podróż to zapis podwójnego niepowodzenia – bohaterki opowiadania i jego autorki.

No więc siedzę sobie, patrzę, jak chmury płyną nad Uhercem, i zastanawiam się, skąd przychodzą psy i dokąd odchodzą. Zjawiają się niby przypadkiem, a potem ich istnienie splata się z naszym życiem tak mocno, że nie jesteśmy w stanie ich odróżnić od naszych uczuć. Wchodzimy w psią skórę, a one wślizgują się w naszą? Czujemy się jak zdrajcy, ponieważ wiemy, że nigdy nie będziemy w stanie odwzajemnić ich wierności, przywiązania i miłości? Dlatego w myślach je uczłowieczamy?  Andrzej Stasiuk

Jedynym, który sprostał moim oczekiwaniom okazał się Andrzej Stasiuk i jego Psy. Ale ten tekst był od początku moim pewniakiem całego zbioru. Podobnie jak prosty jest tytuł, tak prosta jest opowieść Stasiuka, co stanowi jej siłę. Bez żadnego przymusu autor pisze o psach, które zawsze były w jego domu, mimo że o to nie zabiegał (Znajdy, podrzutki, przybłędy. Zjawiały się w naszym życiu i zostawały do śmierci). Czytając Stasiuka, ma się nieodparte wrażenie, że pozostałym autorom zadało się napisanie tekstu nadającego się do tej antologii (może poza Vargą, o którym za chwilę). Wreszcie to psy stają się bohaterami opowiadanej historii, wreszcie czytanemu przeze mnie sprawozdaniu z koegzystencji Stasiuka i jego psów nie przyświeca żaden pozapsi cel. Opowiadający z czułością o psach-członkach rodziny, psach-towarzyszach losu pisarz idzie o krok dalej. Jak zawsze, wychodząc od swoich doświadczeń, puentuje swój tekst w sposób, który nie pozostawia wątpliwości, że napisał go właśnie dla nas. Dwa lata temu umarł mój pierwszy pies, co okazało się dla mnie najdotkliwszym doświadczeniem śmierci. Często o nim myślę, często mi się śni. I kiedy czytam, że psy nigdy nie odchodzą na zawsze, że nawet gdy już ich nie ma, to ich duchy wciąż strzegą swoich panów, czuję spokój i wierzę, że tak właśnie jest.

(…) Głaskałem umierającego Alfa, po raz ostatni wąchając jego sierść, i potem przez lata tego zapachu najbardziej mi brakowało. Zawsze lubiłem wąchać psy, nie tylko je głaskać, tarmosić, klepać po grzbiecie i bokach, złośliwie, wręcz wrednie dmuchać im w uszy, żeby niczym hipopotamy zaczynały tymi uszami nerwowo trząchać, przyciskać nos do ich mokrych, zimnych nosów, wycierać im ropę z kącików oczu, ale przede wszystkim wąchać ich sierść. Wąchać sierść, w której zapachu trwały dzieje pokoleń psów, miliardy psich istnień, od chwili gdy człowiek spróbował udomowić tego dzikiego czworonoga, kiedy dogadał się z psem, że spróbują założyć spółkę, by łatwiej im było przetrwać w świecie, który żadnej żywej istocie nie chce iść na rękę. Krzysztof Varga

O ile Stasiuk sprostał moim oczekiwaniom, o tyle Krzysztof Varga Bogami starości zdecydowanie je przerósł. Lepiej znam Vargę-publicystę niż Vargę-pisarza. Cenię jego ostre pióro, (auto)ironię, inteligencję i przenikliwość. Poza tym, w jego tekstach i wypowiedziach roi się od autoodniesień (do czego pisarz sam się w rzeczonym eseju przyznaje: Pragnąłem więc psa, bo jestem z natury egoistyczny, egocentryczny i skupiony na sobie, i wreszcie chciałem się skupić na kimś innym, ponieważ własne towarzystwo zaczynało mi coraz bardziej ciążyć). Dlatego tak bardzo mnie zaskoczył. Już od pierwszych linijek czytałam tekst Vargi ze ściśniętym gardłem. Po kilku stronach musiałam porzucić lekturę, by powrócić do niej dzień później, następnego dnia – to samo. Nie byłam przygotowana na to, że na samym końcu tej książeczki będę musiała zmierzyć się z tak ciężkim kalibrem. Bo Varga traktuje o wpisanym w człowieczo-psią relację odchodzeniu i o reakcji na śmierć przez tego, który nadal żyje. Rozbrajając mnie swoją niezakamuflowaną ironią ani żadnym innym narzędziem szczerością, autor opowiada o przeczuwanym przez psa odejściu ojca, o nieszczęśliwej śmierci Nestora, w którego stygnące ciało zachłannie się wtulał oraz o powolnym gaśnięciu usypianego schorowanego Alfa. Z lektury tego eseju wyłania się postać człowieka, który, chcąc po prostu kogoś bezgranicznie i bezwarunkowo kochać, ulokował w towarzyszących sobie czworonogach najszczersze uczucia, a potem nauczył się obdarzać nimi innych. Człowieka, który przyznaje, że to od psów – świetnych analityków odebrał lekcję rozumienia i słuchania ludzi. Kilkustronicowi Bogowie starości to chyba najlepsze, co o psach udało mi się przeczytać.

Do martwego człowieka nie można się nigdy przytulić z taką czułością jak do martwego psa, martwe ludzkie ciało staje się dziwnie obce, niemal wrogie, odpycha nas od siebie, niemo wypowiada nam jakąś okrutną prawdę o sobie i o nas samych, o tym, że jesteśmy, kim ono było, i będziemy, kim ono jest w tej chwili. (…) Tymczasem obejmowanie martwego ciała Nestora i głaskanie umierającego Alfa były jednymi z największych przejawów czułości, jaką mogłem komukolwiek okazać – istniały we mnie głębokie pokłady tego zbawiennego surowca, szukające wciąż ujścia, i tylko psy były tymi ludźmi, którzy potrafili je ze mnie wydobyć. Krzysztof Varga

Nie ma innego zwierzęcia, z którym człowiek może przeżyć takie zespolenie duchowe, jak tylko pies – tymi słowami Varga zamyka antologię O psach. W mojej rodzinie psy były od zawsze, dom bez psa trudno byłoby mi nazwać domem, a rodzina bez psa jest dla mnie mocno dysfunkcyjna. Z tego powodu czekałam na ten zbiór. Tym bardziej przykro mi, że książka jako całość sprawiła mi zawód, zwłaszcza, że po autorach, wydawcy i problematyce duże oczekiwania były uzasadnione. O psach to pozycja bardzo nierówna. Zwieńczające ją dwie poruszające opowieści Stasiuka i Vargi mogą rzutować na pozytywny odbiór książki, jednak „na chłodno” trudno jej bronić. Zwłaszcza ostatnia historia chwyciła mnie za serce i nie chciała puścić. Poziom trzyma opowiadanie Murek. Teksty Cichego i Grzegorzewskiej są w mojej ocenie dość przeciętne, natomiast twórczość Pustkowiak nie tyle nie wnosi żadnej wartości dodanej, ale także ujmuje całemu zbiorowi. Zawartość książki stanowią również ilustracje Oli Niepsuj. Lubię nowoczesną, abstrakcyjną, trochę geometryczną ilustrację, ale ta – rzecz gustu – nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia.

IMG_3857

IMG_3856

Powtórzę raz jeszcze: zdecydowanie warto przeczytać autobiograficzne teksty Vargi i Stasiuka. [Z powodzeniem mogłyby ukazać się one w Tygodniku Powszechnym, do którego regularnie (czasem także o psach) pisze Stasiuk albo w Piśmie]. Jednak zapytana, czy dla dwóch spośród sześciu tekstów warto było kupić tę książkę?, moja odpowiedź pełna byłaby wątpliwości. Acha, jeśli jesteście kociarzami, Czarne wydało analogiczną publikację O kotach, na którą składają się teksty Chwina, Drendy, Pazińskiego, Rejmer, Siemiona i Sołtysa (nie czytałam).

Książkę kupiłam w łódzkiej księgarni Ossolineum.