FOUCAULT W WARSZAWIE, Remigiusz Ryziński

b8ee6f86-74fb-42d0-bd4f-804603425b6e

b8ee6f86-74fb-42d0-bd4f-804603425b6e

Na zajęciach z historii filozofii najbardziej wyczekiwaliśmy ciekawostek z życia myślicieli. Na przykład o Tomaszu z Akwinu (nazywanego z racji małomówności i tuszy milczącym wołem), który jadąc na sobór uderzył głową w gałąź i zmarł. Albo o tym, jak piszący podręczniki o wychowywaniu dzieci Rousseau własną piątkę oddał do sierocińca. (Zainteresowanym polecam lekturę książki Do filozofii kuchennymi schodami Wilhelma Weischedela, gdzie prezentacji poglądów towarzyszą niebanalne kawałki z biografii jej bohaterów.) Co do zasady, im bardziej współczesny autor, tym więcej powinno być o nim wiadomo. O tym, jak zgubna to intuicja, dowiedziałam się, gdy zobaczyłam zapowiedź nowej publikacji wydawnictwa Dowody na istnienie, głoszącej na dzień dobry: Foucault [był] w Warszawie. Okazuje się, że można ukończyć studia filozoficzne, w dużej części zajmując się współczesną myślą francuską i nic o tym fakcie nie wiedzieć. Kiedy dotarła do mnie „miejska legenda” o pobycie Francuza w naszej stolicy, nie kryłam ekscytacji.
Zaraz po spotkaniu autorskim z Remigiuszem Ryzińskim idę na Chmielną (za czasów Foucaulta Rutkowskiego). Na szczęście to tylko pięć minut drogi. A więc tu mieszkał, myślę. Siadam na krawężniku i, w świetle latarni, zaczynam lekturę. Szybko się orientuję, że Michel Foucault wcale nie jest w tej książce najważniejszy. Zawód? Ani trochę. Czytam dalej.

Wreszcie w wyszukiwarkę jednego z komputerów w czytelni IPN-u wpisałem najbardziej oczywiste słowo w kontekście historii pobytu Michela Foucault w Warszawie.
Otrzymałem jeden wynik.
Wypisałem rewers.
Po dwóch tygodniach oczekiwania zadzwonił referent zajmujący się moją sprawą i powiedział:
– Wytypował pan właściwą sygnaturę.

Foucault w Warszawie to reportaż sięgający dużo dalej niż można się spodziewać po tytule. O samym pobycie Foucaulta w stolicy wiadomo niewiele, co Ryziński otwarcie przyznaje. W 1958 Michel Foucault przyjął propozycję objęcia posady dyrektora Ośrodka Kultury Francuskiej. Jako młody uznany już intelektualista przyjechał sam do zupełnie obcego kraju. Szybko zdobył przyjaciół, którzy często odwiedzali go w jego mieszkaniu, przyprowadzając kolejne “dziewczyny”.  Gejowski światek szybko otworzył się przed człowiekiem Zachodu. W tym czasie Foucault pisał Historię szaleństwa w dobie klasycyzmu, książkę wydaną we Francji w 1961 roku. W oryginalnej przedmowie Foucault zaznacza, że prace nad tekstem zakończył „pod upartym, jasnym słońcem polskiej wolności”. To samo hasło staje się mottem książki Ryzińskiego. Hasło nieobecne w pierwszym polskim wydaniu książki.
Jeśli chodzi o fakty, to w zasadzie tyle. Zdecydowanie więcej tu znaków zapytania i spekulacji niż pewnych odpowiedzi. Poszukiwanie śladów filozofa, który deklarował się jako homoseksualista doprowadza autora i czytelnika do tajemnic gejowskiej Warszawy przełomu lat 50. i 60. Pojawienie się w tej historii wielkiego francuskiego nazwiska przydaje jej niemałej ekscytacji. Bo choć w dużej części treści zamieszczone w tej książce mogłyby bez Foucaulta się obejść, to dzięki autorowi Historii szaleństwa poznajemy ciotowską Warszawę i esbecką inwigilację homoseksualistów.

Salon Warszawy to była Chmielna, dawniej Rutkowskiego. Foucault z pewnością czuł się tu dobrze, bo to był wybieg dla kolorowych ptaków, dla wznoszących się lub już dawno upadłych gwiazd, w samym centrum, nie za daleko, nie za blisko. Być może najważniejsza z ulic ciotowskiej Warszawy, nie tak sławna jak plac Trzech Krzyży, swoją funkcję spełniała jednak znakomicie. Nie konfabuluję, nie koloryzuję. Mówię autentycznie, jak było.  

Ryziński przekopał się przez olbrzymią ilość raportów SB, cytowane fragmenty i wyciągnięte wnioski ukazują nieobecny w powszechnej świadomości fakt zainteresowania władzy homoseksualistami. O tym, jak duże było to zainteresowanie świadczy nagła zamiana przez Foucaulta polskiej stolicy na francuską. Innym źródłem wiedzy były rozmowy z tymi, którzy Foucaulta mniej lub bardziej znali. Mimo że od pobytu filozofa w Polsce minęło już tyle lat, ich wspomnienia nie zbladły ani trochę. Bohater książki jest w gruncie rzeczy zbiorowy, są nim frywolni mieszkańcy Warszawy, która za ich sprawą stała się miastem szaleństwa w PRL-owskiej, pozbawionej perspektyw rzeczywistości. Kiedy więc Ryziński publikuje wyniki swojego biograficznego śledztwa, otrzymujemy opowieść o kryjącym się w grzybkach, klubach, parkach czy kiblach homoseksualizmie.

Resztka włosów na głowie, okulary, długi płaszcz, marynarka w kratę. Podobno sportowy jaguar. Tyle wiedzą.
I jeszcze, że po polsku potrafił powiedzieć: pedał, dzień dobry, dziękuję.
Że siedział w Bristolu i pisał. A może to była Kameralna?
Że chciał jechać do Tworek, ale czy tam w końcu był – nie wiadomo.
Czy dotarł do obozów albo na stary, krakowski Kazimierz?
Czy widział polskie morze?
Czy dziwił się powstałemu z ruin miastu?
Gdyby ich zapytać, powiedzieliby: no był. Był, a potem go już nie było.

Osobiście najbardziej poruszyło mnie wspomnienie rozmowy Ryzińskiego z Danielem Defertem, u boku którego Foucault przeżył dwadzieścia lat. Rozmowa toczyła się w Paryżu, gdzie “z mieszkania na ostatnim piętrze bloku przy rue de Vaugirard w XV dzielnicy patrzy się w niebo”. We wrześniu kolejny raz odwiedzam miasto świateł – na pewno choćby na chwilę dotrę na tę ulicę, postanawiam już wtedy, na krawężniku na Chmielnej.
Ryziński, “na co dzień” wykładowca akademicki, filozof, kulturoznawca popełnił świetny debiut reporterski. Charakter książki zawdzięczamy wykształceniu autora, bo choć Foucault w Warszawie nie jest akademickim wykładem, tylko dokładna i empatyczna lektura dzieł francuskiego filozofa pozwoliła na powstanie tej książki. Nie zawiodły też Dowody na istnienie – recenzuję pierwszą z książek z ich reporterskiej serii, ale jestem już po lekturze kilku pozycji. To zawsze nowatorska forma, ciekawie ujęty, niesztampowy temat, poręczny format (optymalna objętość i ciężar na wakacje!) i przyjemna w odbiorze szata graficzna (każdej z okładek, jak i całej serii). Foucault w Warszawie świetnie tu pasuje. Zdecydowanie polecam.

IMG_2844



Brak komentarzy

Dodaj komentarz