KSIĘŻYC, Martín Caparrós

Projekt bez tytułu (1)

Caparros_Ksiezyc-od-nowiu_m

Ta podróż – moja hiperpodróż – jest inscenizacją podjętego przeze mnie tematu: to ustawiczna migracja. A może jest wprost przeciwnie: migrujący jedzie, aby pozostać, podróżuje z nadzieją, że nie będzie więcej wyjeżdżał – szuka ostatecznego miejsca. Ja natomiast jeszcze nie dotrę do jednego miejsca, a już jadę do następnego.

Znane to na polskim rynku książki zjawisko, kiedy po przychylnej reakcji czytelników na wydanie głośnego, bestsellerowego (we właściwym tego słowa znaczeniu) dzieła zagranicznego autora, tłumaczy się i publikuje jego poprzednie utwory, firmując je, rzecz jasna, powodzeniem książki-poprzedniczki. Tak było np. z Ludźmi na drzewach Hanyi Yanagihary, autorki Małego życia. I tak jest w przypadku Księżyca (wyd. hiszp. 2009) Martína Caparrósa, autora monumentalnego Głodu (wyd. hiszp. 2014). Przeczytawszy opus magnum twórcy, książkę, która przyniosła mu światowy rozgłos, wysoko stawiamy poprzeczkę – i dobrze! – często ignorując fakt, że dzieło wydane w Polsce później, w rzeczywistości powstało wcześniej. Następuje rozczarowanie, pisarzowi zarzuca się regres i wypalenie. Z taką reakcją środowiska na różne sposoby komentującego literaturę spotkała się wydana w minionym miesiącu przez Wydawnictwo Literackie książka Caparrósa. Jasne, nie musi nam się ta książka podobać, ale jeśli skreślamy ją tylko z powodu nieprzystawalności do Głodu, to dla mnie nie jest to trafny argument.

Gromadzą się we mnie historie. (…) A każda nowa opowieść osadza się na kamienistym gruncie poprzednich, i jest to coraz bardziej twarda skała, świat coraz bardziej jako przestrzeń wroga, noc bez księżyca.

Przede wszystkim, Księżyc. Od nowiu do nowiu to – jak nazywa go sam autor – „dziennik hiperpodróży”, z reporterskimi kawałkami, a nie reportaż w czystej formie. To hiperpodróż, bo oprócz naznaczonego cyklem księżycowym docierania do emigrantów w różnych zakątkach świata, Caparrós wnika wgłąb siebie. Otrzymujemy więc książkę bardzo osobistą, w której Argentyńczyk, również emigrant spisuje historie swoich rozmówców i ustosunkowuje się zarówno do nich, jak i do swojej przeszłości wywoływanej przez miejsca, w jakich się znalazł.
Asumptem do powstania tej książki stał się problem migracji. Zadanie odwiedzenia kilkunastu rozsianych po świecie miejsc zleciła Caparrósowi Organizacja Narodów Zjednoczonych. Reporter w ciągu miesiąca miał dotrzeć do ofiar przesiedleń – bohaterowie jego historii nie opuszczali swoich domów z własnej woli. Na tym jednak nie zakończyły się instrukcje ONZ-u; reportaże miały nie przekraczać długości 2000 słów, a postać reportera – być transparentna. To wiele tłumaczy, bowiem, chcąc spełnić powyższe warunki nie wyrzekając się siebie, Caparrós jednocześnie je przekracza, co przekłada się na patchworkową formę Księżyca. Okładka chroni bowiem pozszywane (wyróżnione kursywą) opowieści emigrantów ze wspomnieniami i dywagacjami natury filozoficznej. Nastawiając się na lekturę klasycznego reportażu można doznać rozczarowania, choć i Głód był przecież hybrydą z pogranicza reportażu (także historycznego), eseju, zbioru rozmów i innych. Mnie taka postać tekstu odpowiada, choć rozumiem, że może ona budzić poczucie chaosu i dezorientacji. Myślę, że tym, co nie dbającego o formę Caparrósa ratuje, jest niewielka objętość utworu (zadrukowane dużą czcionką z licznymi przerwami 216 stron).

Właśnie na tym polega doroślenie, koślawienie siebie: zaczynasz uświadamiać sobie, że to, co przyjąłeś za swoje życie, nie będzie nim. Że coś, co w twoim wyobrażeniu miało trwać, nie trwa. Że każdy żal rozmywa się, choćby wydawał się wieczny. Że dwadzieścia lat wcześniej człowiek myli się zawsze – nawet kiedy utrafia.

Argentyńczyk spisuje pełne bólu i cierpienia losy emigrantów. W mołdawskim Kiszyniowie doświadczająca od dzieciństwa przemocy Natalia opowiada mu o tym, jak mąż sprzedał ją albańskim handlarzom żywym towarem. Trafiła do libańskiego burdelu, z którego cudem zdołała uciec. Inną bohaterką Księżyca jest Zambijka, którą mąż zdradzał, a zaraził AIDS. Zdana na łaskę losu kobieta, matka trójki dzieci (w tym także chorą córkę) robi wszystko, by tym żyło się lepiej. Kolejny rozmówca, Koné, w obliczu biedy i wojny za wszelką cenę stara się uciec z Afryki do Hiszpanii. Kiedy wreszcie mu się udaje, okazuje się, że Europa wcale nie jest tak wspaniałym miejscem do życia, jak przedstawiali to ci, którzy się do niej przedostali. W uchodzącej za otwartą Hiszpanii pozwolono mu pozostać w kraju, ale bez dokumentów, a to tak, jakby go w ogóle nie było.W Monrovii (Liberia) reporter spotyka się z Richardem, na oczach którego zaszczuci sąsiedzi bestialsko zamordowali, a następnie zjedli jego babkę. Choć mężczyzna, świadek ciągnących się wojen domowych, został sam, odmawia się mu przyznania amerykańskiej wizy.
Opowiedzianych przez Caparrósa losów jest więcej, jednak wszystkie łączy to, że do tragedii, jakiej doświadczyli bohaterowie, dopuścili się inni ludzie. Zatrważające jest zło, tak jak zatrważająca jest ich wola życia. Caparrós pisze, że pamiętanie jest zapominaniem. Jego bohaterowie, by ocalić w sobie człowieczeństwo, muszą zapomnieć o tym, jak nieludzko zostali potraktowani. Potrafią przebaczyć swoim oprawcom po to, by dalej żyć. Dziennikarz okazuje im empatię i, będąc cierpliwym słuchaczem, pozwala na przepracowanie doznanej traumy.

Podróżowanie to oczywiście przyznanie się do bezsilności: szukasz gdzie indziej tego, czego ci nie dostaje. Gdybym naprawdę sądził, że niczego nie potrzebuję, zostałbym w domu. Gdybym naprawdę sądził, że niczego nie potrzebuję, byłbym głupcem. Gdybym naprawdę sądził, że niczego nie potrzebuję, byłbym szczęśliwy. Staram się o to od dłuższego czasu.
W każdym razie starość – powiedziałem: starość? – to świadomość, od samego początku, że podróż zawsze ma kres.

IMG_0411

Są w Madrycie osoby, do których nie dzwonię z tchórzostwa – żeby nie zobaczyć, co zrobił z nimi czas. Albo – powiedziałbym, gdyby nie to moje tchórzostwo – jest w Madrycie kobieta, do której nie dzwonię, żeby nie zobaczyć, co zrobił z nami czas.

Poza historiami emigrantów, autor snuje refleksje o istocie podróżowania, które – wykluczając turystyczne wypady – wynika z poczucia braku. Migrujemy w poszukiwaniu lepszego życia. Chcemy poczucia bezpieczeństwa, wolności, trywialnie brzmiącego szczęścia. Mając możliwość powrotów do miejsc, które już kiedyś – na dłużej lub krócej – odwiedził, Caparrós przywołuje towarzyszące im wspomnienia. Rozprawia także o upływającym czasie i przemianach, jakich pod jego wpływem doznaje człowiek.

Zawsze zdumiewa mnie, jak elastyczna jest miara dźwiganego przez nas bólu, to znaczy, jak łatwo cierpienia, które zdawały się nie do wytrzymania, obracają się w codzienność – jak uczymy się żyć życiem, które powinno być nam obce.

Księżyc. Od nowiu do nowiu to niewielka książka, którą zdecydowanie warto przeczytać. Mariaż nie mieszczących się w głowie opowieści emigrantów z intymnymi wynurzeniami autora sprawia, że mamy do czynienia z dziełem wielowymiarowym, które sprzyja refleksji. Obawiam się, że gdybyśmy odarli je z autobiograficznych fragmentów, trudno byłoby nam znieść takie nagromadzenie bólu i zła, jakiego dopuścił się drugi człowiek. Na docenienie zasługuje także język, jakim posługuje się autor (stąd tyle cytatów). Obrazowy, w prostych słowach wyrażających treści, o których trudno jest mówić. Miejscami poetycki. Powściągliwy, ale oddający emocje.
Można by się pastwić nad tą formą, nad dziennikarską niemocą, nad powtórzeniami i monotonną nostalgicznością. Mnie klimat tej książki wydał się autentyczny i głęboko filozoficzny. Oceńcie sami, ale dajcie Caparrósowi szansę.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.